Prezentacja krajów wolontariuszy EVS

W środę wieczorem, tak jak planowaliśmy od dłuższego czasu, w Casa Per La Pace obyła się prezentacja krajów przez wolontariuszy EVS, czyli Marketę (Czechy), Macd i Rebone (RPA) i mnie (Polska:P).

Oczywiście najpierw była nieodzowna wspólna kolacja, a potem (z pół godzinnym opóźnieniem) przedstawialiśmy przygotowane przez nas prezentacje. I każda była zupełnie inna.

Moja (pierwsza) krótko przedstawiała Polskę, za to większość czasu opowiadałam o Poznaniu (i nawet pytano mnie, czy na pewno chcę zostać na trochę dłużej w Mediolanie, bo przecież Poznań taki zielony… No przyznam, prezentacja zabrzmiała jak strona z ulotki biura podróży zachęcającej do odwiedzin stolicy Wielkopolski… Ale taki był właśnie mój zamiar:P).

Następnie nasi EVSowi ragazzi przedstawiali Republikę Południowej Afryki. I ta prezentacja wzbudziła zdecydowanie najwięcej emocji i pytań ze względu na swój egzotyczny charakter.

Na końcu Marki zabrała nas w krótką podróż do najbardziej urokliwych zakątków Republiki Czeskiej, przedstawiła znane postaci kultury i polityki oraz wzbudziła zainteresowanie (i uznanie ;D) wspominając marki doskonałego czeskiego piwa!

Beztrosko w Aronie ;)

Udało się. W końcu pojechałam do Arony z rewizytą. Towarzyszyła mi Del. Odwiedziłyśmy Nadię i Ivanę oraz poznałyśmy ich współlokatora Hiszpana Alberto. (Miałyśmy się też widzieć z Mają, Pauliną, Riccardo i Andreą, ale dotarli o 15.45 a my już o 16.00 wracałyśmy do Mediolanu, mimo wszystko miło było ich widzieć choć przez te 5 minut!).

Arona to niezwykle zadbane, małe, urocze miasteczko (liczy ok. 15 tysięcy mieszkańców) w Piemoncie nad Jeziorem Maggiore. Idealne na odpoczynek, na wypad weekendowy (50 minut pociągiem z Mediolanu), na nacieszenie oczu pięknymi widokami, powdychanie świeżego powietrza…i opalanie się.

Nasi wolontariusze mieszkają niedaleko centrum, nad barem, gdzie czasem, oprócz doposcuoli, pomagają. Mieszkanie jest naprawdę przestrzenne, jasne, z wielkimi oknami, które przypomniały mi dom. Z kuchni można wymknąć się na dach nad salą koncertową i jak mówi Nadia: w przyjemny sposób zadbać o swoją opaleniznę ku zdziwieniu sąsiadów zerkających z balkonów obok…

Krótko mówiąc, Arona mnie ujęła.

I jedno jest pewne, wrócę tam (tak, Nadio, piszę te słowa szczególnie do Ciebie, ja do Was wrócę niebawem :D !!!).

I kilka zdjęć z fb: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.3881457762249.166277.1452967758&type=3&l=077837ac0a

 

Koncert na politechnice i fan Sapkowskiego

Pogoda ostatnio jest dość kapryśna. Choć nie powinnam narzekać, bo wyjątkowo (!) wczoraj (czyli jednak w weekend) dopisała i świeciło słońce. Tu, na północy Włoch, pogoda rozpieszcza w ciągu tygodnia, a dość drastycznie zmienia się w sobotę i niedzielę, dość mocno irytując Włochów… i trudno się dziwić!

W piątek było całkiem przyjemnie, a gdy ok. 20.00 razem z Sinzi i Del szłyśmy na koncert rockowy na Politechnikę, gdzie dziewczyny miały 2 godziny pracować nad promocją wolontariatu, niebo zaczęło się zaciągać i wezbrał silny wiatr…no i jak można było przypuszczać, o 20 prawie nikogo nie było, nawet scena nie była odsłonięta… A więc nawiązywałyśmy kontakty z ludźmi ze standów obok, czyli np. Amnesty International czy Greenpeace.

I tak oto poznałam niejakiego Lukę, studenta ekonomii na Uniwersytecie św. Serca, który przyznał się do swojej fascynacji Andrzejem Sapkowskim (i zaczął mnie o niego wypytywać! oczywiście na początku używając: Andrea Sapkowski…), później podzielił się swoją pasją do science fiction i opowiedział mi (pokrótce?), o czym pisze powieść. Zgubiłam się po dwóch minutach w opowieści o wampirach, imperiach, karłach, itd. Ale mimo wszystko uświadomiłam sobie, jak dobrze mieć swoją pasję i w nią inwestować!

 

Interkultura po angielsku – część 2

 

A więc dziś mieliśmy drugie ostatnie spotkanie z klasą 4 biologiczną w liceum przy stacji metra Cimiano.

I byli równie sympatyczni jak wczoraj, nawet troszkę bardziej otwarci, przygotowani, i zadawali sporo pytań. Chyba im się spodobało,  bo na końcu zdecydowali, że jako klasa chcą przekazać jakąś sumkę z pieniędzy klasowych na działalność CasaPace, co było bardzo miłym gestem.

Dziś zaczęliśmy od gry integracyjnej: jak się czujesz (SUN, STORM, CLOUD, etc.), czyli podobnie do kursów prowadzonych w języku włoskim. Potem prezentowaliśmy lub mówiliśmy o rzeczach, symbolach, cechach reprezentujących nasze kraje, o tym, co lubimy w naszej kulturze a co nam się nie podoba. (Ja miałam przy sobie tomik poezji Herberta – od Kuby z Turynu!! dziękuję :) , mówiłam o języku polskim i polskiej poezji…i oczywiście o lubianej w Italii Wisławie Szymborskiej i wierszu Nic dwa razy – Nothing twice – Nulla due volte ;) )…i pokazywałam zdjęcia szarych, mało uśmiechniętych, zamkniętych w swojej skorupce ludzi jadących autobusami…bo takie mam wrażenie, że jesteśmy – jako Polacy – trochę zamknięci, nie patrzymy na innych, itd). Każdy miał okazję podzielić się swoimi przemyśleniami i było to bardzo ciekawe!

Później Macd i Rebone prezentowali projekt EVS, następnie Marki działalność CasaPace, później śpiewaliśmy po angielsku razem z grającą na gitarze Merche…i zakończyliśmy ciekawym podsumowaniem…i ciekawymi sugestiami całej grupy na przyszłość…i oczywiście grupowym masażem <sic!>.

Potem jeszcze rozmowa z nauczycielami, dyrekcją…i obietnica, że od września tam wracamy i prowadzimy więcej podobnych kursów. Hurra!

W drodze powrotnej (i aż do teraz) dopisywał mi bardzo dobry humor. Jednak praca z fajną młodzieżą może uskrzydlić… Czy to znaczy, że jednak tęsknię za nauczaniem?

I małe co nieco na temat języka włoskiego na dziś:

http://wloskicafe.blogspot.it/2012/05/woskie-przerywniki-i-nawyki-jezykowe.html

 

Interkultura po angielsku – część 1

Dziś mieliśmy (Marki, Merche, Rebone, Macd i ja) pierwsze spotkanie z czwartą klasą liceum, prowadzone w języku angielskim, na temat interkultury, wolontariatu, komunikacji… po to żeby szerzyć wiedzę na temat innych krajów, ale też ćwiczyć żywy język angielski w szkołach.

Trafiła nam się bardzo sympatyczna grupa uczniów i już cieszę się na jutro, na ciąg dalszy.

Co ciekawe, jedną z gier, którą zaproponowaliśmy, było zadawanie nam pytań, na które mogliśmy odpowiedzieć TAK lub NIE w celu odgadnięcia z jakiego kraju jesteśmy.  I moje pochodzenie okazało się najtrudniejsze. Pierwszą rozpracowali Mercedes, że z Hiszpanii (chyba ze względu na imię), potem Marki, potem chłopaków i na końcu mnie (pytali, czy pochodzę z kraju, gdzie językiem oficjalnym jest angielski, potem czy z Hiszpanii czy Portugalii, a może z Francji, Islandii czy ze Skandynawii… do Polski doszli chyba drogą eliminacji ;) ).

Jeszcze dwie inne ciekawostki mnie rozbawiły, gdy zadawali pytania nam – wolontariuszom, mnie zapytano między innymi, czy jestem zamężna…. ?

A jednym z wolnych skojarzeń, jakie mieli na temat Polski było hasło „pingwiny” ;)

Ech, było naprawdę zabawnie ;)

Wieczór solidarności…i loteria!

W sobotę nareszcie odbył się długo przygotowywany wieczór poświęcony zebraniu funduszy na tzw. viaggio di conoscenza do Izraela i na Terytoria Palestyńskie.

Casa per la Pace wraz z Handala Project Bergamo organizują co roku wycieczkę dla młodych, której celem jest promowanie edukacji na rzecz pokoju i i zachęcenie do refleksji na temat sytuacji izraelsko-palestyńskiej.

Zrozumienie realiów konfliktu izraelsko-palestyńskiego nie jest łatwe: informacje często są nieobiektywne, tendencyjne, dlatego warto mieć oczy i uszy szeroko otwarte i starać się dowiedzieć więcej.

Sama wycieczka obejmuje zwiedzanie miejsc konfliktu, spotkania ze stowarzyszeniami i obrońcami praw człowieka oraz poznanie realiów życia Palestyńczyków w obozach dla uchodźców.

Ale oczywiście również będzie to podróż turystyczna, łącząca możliwość poznania miejsc świętych oraz typowo wypoczynkowych.

 

A sam wieczór… to już syta pyszna kolacja, następnie loteria z nagrodami, projekcja filmu: “Gaza, guerra all’informazione”, pokazującego codzienność dziennikarzy pracujących w Gazie i dyskusja z reżyserką.

 

Urodziny Beli

Bela jest Brazylijką i studiuje w Mediolanie architekturę i urbanistykę.

Poznałyśmy się na kursie języka włoskiego…i tak począwszy od kolacji zorganizowanej w Casapace poprzez wspólne zajęcia, lunche, czy ostatnio razem spędzony wieczór flamenco, poznałyśmy się i polubiłyśmy… i ostatnio miałyśmy okazję (razem z Marketą i Petrą) świętować z Belą jej urodziny.

Bela mieszka w akademiku Politechniki (nie mam pojęcia gdzie dokładnie, gdzieś daleko od centrum… z Loreto trzeba było złapać jeden autobus i jechać aż na sam koniec linii… do teraz nie wiem, gdzie dokładnie i jak w końcu trafiłyśmy tam, gdzie trzeba ;) ), gdzie z tortem upieczonym przez Petrę i prezentem w ręce w końcu dotarłyśmy i w międzynarodowej atmosferze i gronie spędziłyśmy miło piątkowy wieczór ;)

Dwa dni w Toskanii

W sobotę o 7.20 złapałam pociąg do Bolonii, by tam przesiąść się w super wygodną Freccia Argento (pierwszy raz jechałam tym pociągiem!) i o 11 wylądowałam we Florencji. Miałam zatem 3 godziny do autobusu, który miał mnie zawieźć w głąb pięknej Toskanii. Na szczęście tych 3 godzin nie spędziłam sama, a w towarzystwie Andrei, którego poznałyśmy z Petrą 2 tygodnie temu, no i spacerując i ćwicząc zadania na egzamin ustny w mojej szkole językowej (Andrea ćwiczył, ja słuchałam :D ) miło spędziłam czas…O 14.05 wsiadłam do autobusu, gdzie poznałam również kilka innych osób jadących do obozu Mastio (http://www.mastio.it/) na 2 dni, podczas których mieliśmy się wykazać, czy nadajemy się na wychowawców, animatorów i nauczycieli języka angielskiego na obozie letnim dla dzieci w samym sercu toskańskiego lasu!

Pewnie każdy z nas ma jakiś obraz Toskanii, który nosi w głowie, oglądamy filmy, czytamy książki, podziwiamy zdjęcia…i nie da się ukryć, że jest to miejsce wyjątkowe. W sobotę była dodatkowo piękna pogoda, więc widok zielonych pól, cudownych drzew, krętych dróg i uroczych miasteczek mnie oczarował.

Po godzinie jednak trzeba było wysiąść i podjechał po nas mały busik, który zawiózł nas nieco w głąb lasu, gdzie poznaliśmy resztę osób. Na pierwsze zadanie mieliśmy 20 minut, trzeba było z podanych materiałów przygotować sobie strój profesora w uczelni Hogwart ;) , zastanowić się, jaki przedmiot chcemy wykładać, znaleźć zwierzę maskotkę, materiały takie jak podręczniki, napoje magiczne, i oczywiście czarodziejską różdżkę…a wszystko to przy pomocy nożyczek, krepy, pisaków i taśmy klejącej ;D. Po danym nam czasie nadszedł Hagrid, czyli Amerykanin Nick, od 4 lat mieszkający we Włoszech i pracujący na tym obozie podczas wakacji. Zostaliśmy zaprowadzeni do domku, do którego trzeba było wchodzić po kolei, podać hasło i przejść przez ciemności, przeszkody (w postaci jednego z organizatorów, którego w tej ciemności po omacku nieco ‘zmolestowałam’), następnie rozmowa z czarownicą…i można było dotrzeć do ogniska, gdzie po kolei każdy przedstawiał się i tłumaczył swoją postać (a ja nawet śpiewałam Laurę i Filona po polsku!). Następnie pokazano nam, gdzie mogliśmy się rozpakować i zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, ja trafiłam do grupy z Nickiem, który tłumaczył nam, na czym polega nauczanie angielskiego na obozie (i jak się okazało później zakwalifikował mnie do grupy native speakerów angielskiego :D !)

Po tej krótkiej rozmowie, wstępnym poznaniu się, zaczęliśmy pracować z grupach, ja byłam przez cały czas w grupie z Valentiną i Tommaso i nam przypadła m.in. zabawa w pionierstwo i nauczanie, jak wiązać węzły (sama musiałam opanować szybko 3 z nich), później przy ognisku prowadziliśmy zabawę wykorzystującą metodę chińskich cieni…(! Ech grałam m.in. rolę powieszonego kota! I tańczyłam przed wszystkimi przy ognisku ;D), przed północą dyskutowaliśmy, co było dobre, a co złe, jakie były nasze silne strony, a co nie do końca wyszło jak należy, potem jeszcze obejrzeliśmy film z poprzednich lat i podaliśmy naszą dyspozycyjność podczas wakacji…obawiam się jednak, że nie uda mi się tam dotrzeć w tym roku, jako że mnie odpowiada wyłącznie trzeci turnus, a oni poszukują wychowawców głownie na turnus pierwszy i drugi…

Ale ale…to nie wszystko. Poszliśmy (przynajmniej u mnie w pokoju) spać ok. 2.00, obudziłam się przed 6 i już nie mogłam spać, o 7 była oficjalna pobudka, potem mycie, sprzątania, pakowanie, śniadanie. Potem jeszcze kilka scenek przedstawionych przez organizatorów, zabawa i dyskusja na temat pracy z dziećmi, a następnie pokazano nam cały obóz, wytłumaczono dokładnie, na czym polega praca, jak wygląda tam zwykły/niezwykły dzień…i przede wszystkim ten krótki czas sprawił, że chyba każdy zauroczył się tym miejscem i naprawdę ma ochotę tam wrócić.

Później Davide odwiózł nas do pobliskiego miasteczka na pociąg i wieczorem, zmęczona, niewyspana, obolała, i zadowolona wylądowałam w Mediolanie.

(zdjęcia ze strony FB obozu Mastio i z Internetu)

Kolejny raz pieczemy słodkości!

Tym razem pieczemy ciasta (a raczej właśnie upiekłyśmy!) na jutrzejszą kolejną kolację organizowaną przez Casa per la Pace, tym razem rządzić będą nasi wolontariusze z Południowej Afryki, a my, bo już jakoś tak się przyjęło, z Marketą zajęłyśmy się słodkościami.

Dziś piekłyśmy dzielnie całe popołudnie, jutro jeszcze tylko Marki obsypie ciasta cukrem pudrem (mnie niestety nie będzie, bo jadę do Toskanii na weekendowe szkolenie) i voila!

Serwujemy ciasto mamy Marki – trzy kolory – cieniutki biszkopt, ricotta z cukrem pudrem (na to… nasz własny pomysł – serce z truskawek – dla Grazii i Antonia świętujących rocznicę ślubu) plus ostatnia warstwa, czyli budyń zrobiony nie na mleku…a na soku pomarańczowym :)

Do tego ciasto z borówkami, truskawkami, czereśniami i kruszonką: http://margarytka.blogspot.it/2011/07/szybkie-ciasto-z-owocami-i-kruszonka.html

I gdyby jeszcze nie wystarczyło, przygotowałyśmy połówki jabłek z marmoladą, orzechami i cynamonem, zawinięte w kieszonki z ciasta francuskiego – sztuk 20 :)

I pomyśleć, że będę musiała obejść się smakiem…ech…!

Wyjątkowo rodzinny tydzień!

Tydzień wyjątkowo rodzinny…

No i od ostatniego weekendu we Florencji dużo się działo…i jeszcze trochę się ‘podzieje’ do kolejnej soboty i niedzieli, kiedy znowu odwiedzę Toskanię.

Ale po kolei.

Po Florencji i weekendzie z Couchsurfingiem przyszedł czas na wizytę mojej Rodzinki.

Było więc intensywne zwiedzanie Mediolanu, wypad do Werony (zdecydowanie za krótki) i ostatniego dnia ekspresowa i nieco deszczowa wizyta w przepięknie położonym Bergamo, gdzie mogłam im towarzyszyć króciutko, ponieważ odbyło się pierwsze spotkanie formacyjne dla uczestników wycieczki do Palestyny (tak, w sierpniu jadę do Palestyny na dwa tygodnie!!! Tzw. viaggio di conoscenza ;) !)

W międzyczasie w piątek razem z całkiem sporą ekipą wybrałyśmy się (i z moją Siostrą!!!) na wieczór hiszpański z flamenco, gdzie wzięto nas za tancerki tego przepięknego tańca, jako że niewiele osób przebrało się na tę okazję…a my, invece, tak!

W sobotę wylądowałyśmy z Marki u Almudeny na międzynarodowej, wielojęzycznej, wegetariańskiej pysznej kolacji…a niedziela? Niedziela to wizyta u Mai w Cremonie :)

No i w poniedziałek powrót do rzeczywistości (ale równie ciekawej), czyli pracowałam dziś w szkole w Trezzano (co za klasa?!?!) i później doprowadzałam do porządku Casa per la Pace, dziś moja kolej na sprzątanie przypadła :D

Zdjęcia z Cremony: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.3759449752125.164052.1452967758&type=1&l=65630ffab2

A poniżej zdjęcia zrobione w głównej mierze przez Martę:

Previous Older Entries

Moja organizacja wysyłająca

Moja organizacja goszcząca

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.