Moja (ostatnia!) kolacja międzynarodowa w Casa per la Pace Milano

Kolacja międzynarodowa1

W tym roku (szkolnym, bo w takim trybie pracujemy i my) po raz piąty zorganizowaliśmy kolację połączoną ze zbiórką funduszy na naszą organizację. Tym razem ustalenie menu przebiegło nieco inaczej, bo kuchnią przewodnią była kuchnia naszywch EVSowych wolontariuszy, czyli dania rumuńskie, polskie i angielskie.

Po długich debatach (dziękuję za wszystkie wskazówki na facebooku :)) z kuchni polskiej zaserwowaliśmy pyry z gzikiem (czyli ziemniaki z pieca z twarogiem, rzodkiewką i szczypiorkiem)! Bardzo trafny wybór :)!

Nasza wolontariuszka rumuńska przygotowała kurczaka w śmietanie i białym winie z parpyką i grzybami (dość ciężki, ale w smaku nieziemski!) i do tego apple pie – czyli szarlotka, reprezentantka kuchni angielskiej.

No i oczywiście kilka smakołyków nieco bardziej włoskich, czyli serek tomino i liście cykorii z sosem ricottowo-gorgonzolowym (wystarczy zmiksować gorgonzolę z ricottą i troszkę doprawić solą i pieprzem! Uwielbiam!).

Casa Pace gotuje

Dla mnie była to dodatkowo bardzo emocjonalna kolacja, nie tylko dlatego, że rozwiązywaliśmy zagadki związane z językim polskim (o dziwo, Włosi całkiem nieźle sobie z polskimi pułapkami językowymi poradzili!), ale ponieważ zdawałam sobie sprawę, że robię to wszystko po raz ostatni. Zakupy, gotowanie, umawianie wolontariuszy, mycie naczyń, ustawianie stołów, rozmawianie z naszymi stałymi gośćmi – a w tyle głowy kołatała się myśl: ciesz się tą chwilą i dobrze ją zapamiętaj…

W całej organizacji tego wieczoru pomagał nam też nowy wolontariusz Argentyńczyk, przesympatyczny człowiek, który najprawdopodobniej zajmie moje miejsce w Casa per la Pace od jesieni. I miło było patrzeć na wszystkie uśmiechnięte twarze, widzieć, że wszystko dobrze się układa i idzie w dobrym kierunku i ta myśl dodała mi jakoś otuchy. Choć wiem, że od nostalgii nie ucieknę.

Kolacja międzynarodowa7

Baratto czyli wymiana :)

baratto.jpg

Pomysł na kolejną wymianę językową nasunął nam się jednego upalnego popołudnia, gdy po raz kolejny doszliśmy do wniosku, że siedziba Casa Pace pęka od nadmiaru różych akcesoriów, ubrań, zabawek, które ludzie co jakiś czas nam podrzucają, gdy nie wiedzą, co z nimi zrobić. Zazwyczaj mamy wiele kontaktów i wiemy, kto w sąsiedztwie (czy trochę dalej) jest w potrzebie, ale tym razem wiedzieliśmy, ze trzeba znaleźć inny sposób na upłynnienie produktów… a przy okazji przewietrzyć nasze własne szafy.

Zorganizowaliśmy wieczór wymiany językowej, połączony ze współnie dzielonym aperitivo (Przynieś ty, przyniosę i ja 😛) oraz wymianą ubrań i akcesoriów.

Na ścianach zawisły plakaty z wyrażeniami w języku włoskim i angielskim, jak prosić o odpowiedni rozmiar, jak zapytać, czyje to ubranie i jak nazywać ubrania w tych dwóch językach.

A na czym polegała sama gra językowo-wymianowa?

Każdy otrzymał etykietkę ze swoim imieniem, którą musiał umieścić na ubraniach/produktach, które przyniósł na wymianę (jeśli niczego nie przyniósł, w piwnicy Casa Pace znaleźliśmy sporo rzeczy, które posłużyły jako fanty). Jeśli spodobała ci się jakaś rzecz, musiałeś znaleźć jej właściciela, jeśli pośród twoich rzeczy coś wyjątkowo wpadło mu w oko, wymiana się kończyła, jeśli jednak tak nie było, trzeba było u innych szukać czegoś, co zadowoliłoby naszego partnera w wymianie… I tym samym trzeba było ze wszystkimi dyskutować, negocjować, gawędzić do chwili, gdy każdy był zadowolony z nowo upolowanych nabytków. (Oczywiście dopuszczaliśmy możliwość zwyczajnego podarowania rzeczy komu chcieliśmy, taki w sumie był pierwotnie mój plan, bo w obliczu powrotu do Polski, chciałam się pozbyć jak największej liczby nieużywanych rzeczy… a wróciłam do domu z torebką, swetrem, paskiem i koszulą dżinsową!)

Na sam koniec wymiany zatańczyliśmy wszyscy razem na chodniku przezd organizacją do akompaniamentu akordeonu Mercedes!

Co za wieczór 🙂

plakaty.jpg

Maile i listy mailingowe

Misia-1

Dziś o kolejnym aspekcie pracy pośród humanistów we włoskiej rzeczywistości , czyli o miłości do mailowania, miłości głębokiej i nader często okazywanej.

Wiecie już albo ze słyszenia, albo z własnego doświadczenia, że Włosi są narodem lubiącym mówić, rozmawiać, gawędzić i dyskutować.

Być może nie zdajecie sobie jednak sprawy, że oddają się też z zapałem uprawianiu takiej wymiany opinii również online, czyli poprzez wymianę maili.

Przede wszystkim lubią się zapisywać (i dołączać również ciebie) do różnego rodzaju list mailingowych, gdzie w eter wysyłają codziennie kilka niecierpiących zwłoki informacji, czyli np. o markecie ubrań używanych, o projekcji filmu w jakiejś mieścinie w Piemoncie (czytaj: daleko od ciebie!), czy pytając o poradę, co kupić koleżance na urodziny i czy do każdego dotarł ten mail (?!)… a każda z osób zapisanych na listę odpisuje: ok, potwierdzając odbiór wiadomości (!).

Jeśli, przez swoje nieszczęście, nie miałeś dostępu do internetu przez jeden dzień, przy kolejnym odpaleniu poczty znajdziesz, bagatela, 84 maile z listy mailingowej, pośród ktorych, i owszem, może znaleźć się jakaś ważna informacja, akurat skierowana do ciebie, ale prawdopodobnie w zalewie słów, pozdrowień i okej-ów jej nie znajdziesz, i gdy wybije sądna godzina, okaże się, że nie zrobiłeś tego, co do ciebie należało.

Jednak Włosi mają i na to sposoby. Jeśli w ciągu 1 dnia nie odpisujesz, dorwą cię na whatsappie, facebooku, odnajdą twój alternatywny adres mailowy i na końcu dla pewności zadzwonią. Nie ma ucieczki, masz potwierdzić natychmiast, że wiadomość otrzymałeś. Liczy się wiadomość dla samej wiadomości, nikt tu nie mówi o jej randze.

Jest to nadzwyczaj frustrujące, gdy czasem dostajesz maila od szefowej w weekend, w którym ci pisze, co masz zrobić w poniedziałek rano i co masz jej przypomnieć, żeby zrobiła ona sama, w którym pyta, czy na pewno zrobiłeś już wszystko, co miałeś zrobić (choć przecież wcześniej ci o tym nie wspominała) i oczywiście, każdą z tych rzeczy, wysyła ci w oddzielnym mailu ;P.

Na pocieszenie tego zalewu maili i wiadomości, gdy w rozpaczy budzisz się o 7 rano w niedzielę (tak, akurat tym razem zapomniałeś wyłączyć telefon!), a twoja szefowa pisze ci na whatsappie, że chciała ci tylko powiedzieć, że na samą myśl, że miałbyś wrócić do twojego kraju i więcej nie pracować w twojej organizacji, robi jej się bardzo ciężko na sercu, myślisz: ach, co by nie było i ile by wiadomości ci nie wysyłali, to są to przecież naprawdę fajni ludzie! 🙂

Arena Pokoju w Weronie

1. Arena Pokoju

Po kilku latach włoscy aktywiści na rzecz pokoju postanowili przywrócić do życia wielkie spotkanie promujące pokój i nonviolence i zorganizować Arenę Pokoju i Rozbrojenia w werońskiej arenie.

Gdy tylko moja szefowa się o tym dowiedziała, od razu ruszyła do akcji i przygotowała nasz wyjazd. Mieliśmy słuchać różnych wystąpień, prezentacji, jak również koncertów, a przynajmniej taka myśl, nie wiedzieć czemu, zadomowiła się w mojej głowie.

Otóż, przyznam, że troszkę się zdziwiłam, gdy po przyjeździe na miejsce okazało się, że jesteśmy zgłoszeni jako wolontariusze do pracy przy dystrybucji wody (początkowo tylko na pierwszą zmianę, co oczywiście potrwało do końca dnia, jako że druga zmiana się nie pojawiła). Dzień był wyjątkowo upalny (dochodziło do 27 stopni), ludzie przyszli gromadnie (ok. 10 tysięcy osób), a wszystko na otwartym powietrzu, czyli woda była produktem nr 1, który schodził jak ciepłe bułeczki (jakoś nie do końca trafne to porównanie).

Dodajmy jednak, że wodę sprzedawaliśmy za 1 euro, ale ze sceny powiedziano, że jest darmowa. Zamknijcie teraz oczy i wyobraźcie sobie 10 000 osób, spragnionych, przegrzanych, które napierają na was i domagają się darmowej wody, która nie jest darmowa… czujecie ten dreszcz emocji? 😛

Cała merytoryczna zawartość Areny jakoś mi w tej ‘obsłudze klienta’ uciekła niestety, jedynie 2 ostatnie godziny, gdy upał już niezo zelżał, spędziłam słuchając muzyki i wystąpień. Mimo wszystko dobrze się bawiłam, biegałam po całej Arenie, po jej zakamarkach, co pewnie w innym wypadku nie udałoby mi się zrobić.

2.wieża w Weronie

3.Antonio, Merche, Misia

4. Misia przed rozpoczęciem pracy na Arenie

5. pokój i Werona

6.punto acqua

7. baner Casa Pace

9. zmęczenie już powoli dopada

10. niebo nad areną

Gdy o 20.00 skończyliśmy naszą zmianę, skoczyliśmy na pizzę, gdzie dołączył do nas nasz couchsurfingowy host Paolo, z kapeluszem z piórkiem na głowie i z gitarą w ręku (i całą masą różnych instrumentów muzycznych w samochodzie), który okazał się zapalonym orędownikiem ‘nonviolent communication’ i Teatru Uciśnionych, czyli welcome home ;)!

Na sam koniec wieczoru zabrał nas na wzgórze, z którego mogliśmy podpatrzeć Weronę nocą… i posłuchać trzech muzyków (skrzypce, trąbka, gitara) urzadząjacych tam do pierwszej w nocy małe jam session.

I w tym momencie po raz kolejny zadałam sobie pytanie: czym ja sobie na te małe i duże szczęścia w życiu zasłużyłam :)?!

11. Werona nocą

12. międzynarodowa ekipa w Weronie

Fot. Bartek Wesołowski

13. wielka flaga pokoju

Otwartość i rozmowa

Rozmawiamy.jpg

Odkąd przyjechałam do Włoch, trochę zaczęłam pracować nad sobą i nad swoim pojmowaniem innych ludzi.

Już w dwa tygodnie po przyjeździe, gdy jechałam na pierwsze duże spotkanie pracowników mojej organizacji, musiałam porządnie zastanowić się, czy naprawdę jestem osobą otwartą. I nie mam na myśli tego, co mówię innym ludziom o sobie, a raczej jak przyjmuję to, o czym opowiadają mi inni, czy oceniam ich, czy jest to słuszne, czy jest to krzywdzące, czy nie brakuje mi czasem mądrej życzliwości.

Wcześniej uważałam siebie za osobą przyjacielską, towarzyską i otwartą na wszystkich, ale gdzieś tam w głowie i w sercu miałam (i pewnie cały czas mam) pewne schematy, według których wrzucałam ludzi w jakieś kategorie: dobrzy, źli, katolicy, niewierzący, rozwiedzieni, zaręczeni, samotni, pracowici, leniwi, nieciekawi, ambitni, itd.

Pamiętam, że gdy jechaliśmy samochodem w pięć osób na miejsce naszej programmatica, czyli  na spotkanie poświęcone zaplanowaniu roku pracy, moja szefowa Mercedes, którą poznałam 5 minut wcześniej, opowiadała nam o swoim małżeństwie, o problemach z adoptowaną córką, o wierze w Boga i o separacji. Czułam się nieswojo i wręcz miałam jej za złe, że tak bez uprzedzenia zarzuca mnie detalami swojego życia osobistego.

Moja szefowa Mercedes

Ale Merche to po prostu człowiek żyjący pośród ludzi i potrzebujący ich jak powietrza. I z czasem nauczyłam się to w niej doceniać. (To ta roześmiana kobieta w krótkich włosach na zdjęciu powyżej).

W przeciągu tych 2 dni z nowo poznanymi ludźmi z pracy usłyszałam też wiele historii pozostałych osób, dowiedziałam się o wzlotach i upadkach miłosnych, problemach psychicznych i konieczności brania leków, frustracjach seksualnych, blaskach i cieniach ich pracy, o tym, jak spotkali swoich partnerów i że czasem pogubili się na życiowych drogach, o tym, że nie wszystko w życiu jest idealne, ale to nie zmienia tego, kim jesteśmy. Oczywista oczywistość, powiecie? Tak, niby to wiem. A czasem jednak mi to umyka.

Pamiętam, że to 2-dniowe spotkanie dało mi do myślenia. Nikt nie namawiał mnie do zwierzeń. Ale chętnie dzielił się swoimi doświadczeniami.

Z czasem weszło nam w nawyk opowiadanie, jak spędziliśmy weekend, co fajnego zrobiliśmy, co się okazało klapą czy co nas ostatnio trapi. Bywa, że rozmawiamy z ludźmi z pracy w 4 oczy, czasem też w większej grupie, jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, po prostu to mówi. Każdy słucha, czasem się pobłażliwie ale przyjaźnie uśmiechnie, czasem coś podpowie albo zabawnie popuka się po głowie.

W pracy jest przerwa na obiad i, jeśli siedzimy w niej więcej niż 8 godzin, mały wypad na kawę do zaprzyjaźnionego baru. Rozmawiamy, gdy pracujemy nad projektami, rozmawiamy, gdy gotujemy wspólnie i gdy widzimy się po pracy na piwie.

I można chlapnąć bzdurę, popełniać błędy, a i tak człowiek czuje się akceptowany.

Tego się wciąż jeszcze uczę, jak dobrze słuchać i nie przypinać łatek. Czasem jest to trudne.

 

Jak dyskutować z Włochami i nie zwariować ;)

dyskusja.jpg

Od trzech tygodni uczęszczam na kurs Europrogettazione, czyli o tym, jak pisać projekty europejskie, na poziomie zaawansowanym (początkującego nie było!).

Na początku był stres, czy w ogóle będę wiedziała, o czym wykładowca mówi i czy będę nadążała za resztą grupy, tak z pewnością doświadczonej.

Ulgą okazało się, że jednak wszyscy dysponujemy mniej więcej tą samą wiedzą, każdy z nas liznął już jakieś projekty, starał się o europejskie dofinansowanie, itd.

Ulgą okazało się też, że mimo że kurs prowadzony jest po włosku, wszyscy mamy podobne problemy, np. jak dobrze scharakteryzować cele ogólne i szczegółowe projektu, odróżnić rezultat od produktu, nazwać czynności i ich kolejne fazy, czyli tzw. akcje.

Wyzwaniem za to stała się dla mnie praca w grupie.

Jak to?! Odpowiedź znajdziecie poniżej.

Jak się dyskutuje z Włochami, z przymrużeniem oka:

1. Jedzenie – tak właśnie, zaczynamy od narzekania, że wszyscy jesteśmy głodni i że warto byłoby coś przekąsić. Oczywiście, każdy przypadkiem coś małego na zagrychę ma, czy to orzeszki, czy ciastka, czy kanapki. Wszyscy wszystkim się częstują.

2. Brak poczucia upływającego czasu – nic to, że wykładowca powiedział, że mamy 20 minut na analizę problemu i kolejne 20 na udokumentowanie naszych przemyśleń, przecież dopiero co ustawiliśmy krzesła, poznaliśmy się i zapamiętaliśmy imiona, no i przecież punkt 1. (patrz wyżej), czyli dopiero po 30 minutach przechodzimy do zastanowienia się, co to mieliśmy zrobić.

3. Co to mieliśmy zrobić? – pytanie kluczowe, bo okazuje się, że, jeśli w grupie mamy 6 osób, pomysłów i ‘wiernych’ przytoczeń tego, co powiedział prowadzący jest co najmniej 8 i tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi. Wtedy prosi się wykładowcę o pomoc i powtórzenie pytania, co po pół godzinie od momentu zaczęcia pracy w grupie może go dziwić.

4. Kto notuje? – oczywiście nikt specjalnie nie kwapi się do pisania, też dlatego, że trudno zgadnąć co tak naprawdę nadaje się do zanotowania, pierwsza wersja, druga, czy ta zmieniona po 10 minutach? Ostatecznie przykry obowiązek spada na tego, kto ma przed sobą otwarty komputer! Dobra rada na przyszłość, lepiej komputer zostawić w domu.

5. Każdy wie najlepiej – mimo że dla każdego z grupy zadanie, nad którym pracujemy, to nowość. Opinie się ścierają, zderzają, odbijają od siebie, w sposób całkiem cywilizowany, co nie znaczy, że przybliżamy się do rozwiązania choćby o milimetr.

6. Słowa, słowa… – słowa leją się strumieniami, każdy podaje przykłady, prześciga się w anegdotkach i dykteryjkach; tak, jak najbardziej, zabawa jest przednia, ale do wniosków nam daleko…

7. Wnioski? – jakie wnioski?

8. Koniec czasu – no cóż, godzina na ustalenie tematu dyskusji (samego tematu!) to za mało, kolejne dwie na przeanalizowanie celów głównych i szczegółowych też nie wystarczają, co robić? Ach, żaden problem, następnym razem zdążymy dokończyć i zanotować wzystkie wspomniane i rozwinięte wątki i zrobić jeszcze 100 innych rzeczy.

9. Następny raz – punkt 1-8!

___ * ___ * ___ * ___ * ___ * ___

Powiem Wam tylko jedno, dla osoby raczej uporządkowanej i konkretnej za jaką się uważam, ten aspekt pracy i współpracy z Włochami jest nie lada wyzwaniem!

Z jakich programów graficznych korzystam?

Dziś technicznie. O tyle, o ile.

Tak, zgadza się. Mój chłopak jest informatykiem i do tego naprawdę dobrym fotografem i to dzięki niemu większość zdjęć na moim blogu jest bardzo (bez fałszywej skromności) dobra :).

Bartek pomógł mi również w rozgryzieniu niektórych ustawień na blogu, ale całą zabawą ze zdjęciami (tymi już wstępnie przerobionymi przez niego) zajmuję się ja. Mam na myśli tworzenie kolaży, ramek, znaczników, strzałek, komentarzy, plakatów, itd.

Oczywiście uparłam się, że muszę znaleźć na to dobry, łatwy, bezpłatny i szybki sposób i jak myślę, poniekąd mi się udało (choć np. musiałam złożyć w ofierze polskie znaki diakrytyczne, dlatego też, jeśli dodaję na zdjęciach opisy, staram się, żeby były to słowa bez naszych polskich kropek i haczyków)!

Polecam Wam trzy ciekawe programy dostępne online:

http://www.postermywall.com/ PLAKATY!

plakat

http://www.fotor.com/ KOLAŻE!

COLLAGE_MichasiaLach

http://www.befunky.com  KOMENTARZE / OPISY / RAMKI / STRZAŁKI na ZDJĘCIACH. Mój faworyt 😀

che signora alta

sei bionda

ramka

ramka opis

No dobra, geniuszem może (a raczej na pewno) nie jestem, ale jakoś sobie radzę. Zachęcam Was serdecznie do graficznej zabawy!

Interkultura po włosku. Czyli BACK TO SCHOOL ;)

Interculture

Dwa tygodnie temu zakończyliśmy zajęcia na temat interkultuty i wolontariatu EVS w jednej z mediolańskich szkół średnich, w klasach lingwistycznych.

Zajęcia prowadziliśmy w języku angielskim z uczniami ostatnich klas, dla których angielski to bułka z masłem (co za ulga ;P)!

Jest to zupełnie inny rodzaj pracy niż poprzednio, gdzie zajęcia prowadziłyśmy z moją szefową Mercedes, w trudnych klasach, na temat konfliktów, uprzedzeń i stereotypów. I po włosku, przede wszystkim, który jednak przychodzi mi nieco trudniej niż angielski.

Tym razem byliśmy sami, czyli nasi wolontariusze EVS (Rachel – Angielka, Roxana – Rumunka, Bartek – Polak) i ja.

W kilku słowach przybliżę Wam, jak takie zajęcia wyglądają.

Przede wszystkim plan takich spotkań jest bardzo prosty i przejrzysty, dzięki temu młodzież nie ma trudności z przełamaniem się i mówieniem po angielsku, a dodatkowo robi się bardzo ciekawie. Przeplatamy gry interaktywne z dyskusjami i prezentacjami, umożliwiając zabranie głosu przede wszystkim uczestnikom naszych warsztatów.

Pierwsze spotkanie dotyczy poznania się i wymiany tego, co wiemy na temat krajów, z których wszyscy pochodzimy, co zazwyczaj jest powodem do żartów i śmiechu.

Jedna z gier dotyczy zadawania pytań, na które prowadzący (czyli wolontariusze EVS i ja) mogą odpowiedzieć TAK lub NIE, a uczniowie muszą odgadnąć, z jakiego kraju pochodzimy. Przyznam szczerze, że Polska nie przychodzi młodym Włochom szybko do głowy. Mimo że przecież jest to całkiem duży kraj.

Gdy jednak znamy już wszytkie narodowości w grupie (łącznie z tymi naszych uczniów, a jest ich zawsze kilka!) na podłodze kładziemy plakaty, na każdym z nich widnieje nazwa każdego z wymienionych krajów. Wszyscy dostają do ręki pisak i przez 15 minut krążymy po klasie, dopisujac na odpowiednim plakacie skojarzenia i sterotypy, jakie mamy na temat każdej nacji. Później przechodzimy do komentowania naszych plakatów.

I tak przy Polsce znajdujemy najczęściej: wódka, papież, Walesa (pisany tak właśnie i czytany: waleza), wysocy ludzie, pingwiny (!), zimno, ładne dziewczyny, Lewandowski, Cracovia (Kraków), Solidarność, itd. Nikt nie chce nam wierzyć, że w sierpniu jest u nas gorąco (30 stopni? niemożliwe!) i że na dobrą sprawę, dużo bardziej wolimy piwo niż wódkę (no dobrze, mówię tu o preferencjach Bartka i moich).

Włoska młodzież jest też bardzo krytyczna wobec własnego kraju i nie zostawia na nim suchej nitki, pisząc na plakacie, obok cudownej natury i historycznych monumentów, przede wszystkim: Mafia, Berlusconi, korupcja.

Drugie spotkanie otwieramy prezentacją tego, co nam się podoba we własnym kraju i tego, czego w nim nie lubimy. W wypowiedziach Włochów odnośnie pozytywów dominują: kuchnia włoska, piękne miasta, plaże. Za to nie przepadają za włoską muzyką, politykami, brakiem perspektyw na pracę, kłótliwością i zrzędliwością rodaków. Wychwalają Stany Zjednoczone i amerykański styl życia. “Chcielibyśmy być amerykańskimi nastolatkami”, mówią. Bardzo rzuca sie też w oczy negatywne postrzeganie mieszkańców południa Włoch przez Mediolańczyków, czyli ogólnie mówiąc przez północ. Nazywają ich “terroni”, co w wolnym tłumaczeniu można by zrozumieć jako ‘buraki’, czyli określenie nacechowane pogardą i lekceważeniem. Na dobrą sprawę nie znają wielu mieszkańców z południa kraju, w grupie jest tylko jedna dziewczyna która pochodzi z Sycylii i co jakiś czas rzucają do niej komentarze na temat jej pochodzenia, na szczęscie robią to raczej w przyjacielsko-żartobliwy sposób.

Są równiez zgodni, że obecnie we Włoszech będzie im bardzo ciężko znaleźć pracę i żywo interesują się wolontariatem lokalnym i przede wszystkim EVSem.

Po dwóch spotkaniach zastanawiam się, czy to my nauczyliśmy się więcej o Włoszech i włoskiej mentalności, czy nasi uczniowie o interkulturze i innych krajach 😉

P.S. Przed rozpoczęciem zajęć ustawiamy zawsze krzesła tworząc okrąg, by łatwiej się grało i dyskutowało.

Włoskie ławki potrafią czasem zaskoczyć. Niemiło zaskoczyć, dodajmy 😉

włoska ławka szkolna

 

Odkrywam Maccagno od kuchni!

MaccagnoCOLLAGE

Maccagno to miasteczko położone na Jeziorem Maggiore, w Lombardii, w prowincji Varese. Z Mediolanu można tam się dostać w dwie godziny pociągiem (z 1 przesiadką) i cała podróż naprawdę nie wychodzi drogo a zdecydowanie warta jest spędzenia 4 godzin w pociągu (w tę i z powrotem).

Mapa Lago Maggiore

Maccagno jest ciekawym ośrodkiem żyjącym leniwie wiosenną porą a przygotowującym się na letni sezon turystyczny (choć i na początku marca sporo żaglówek znaczyło czystą taflę jeziora).

My pojechaliśmy tam na warsztaty teatralne z Teatro Dell’Oppresso czyli po polsku Teatru Uciśnionych.

Bartek brał udział w zajęciach teatralnych (odważny!), a ja miałam ambitne plany napisania (a przynajmniej rozpoczęcia pisania) projektu i nadrobienia zaległości z jezyka włoskiego. No i jak można łatwo się domyślić, moje plany spełzły na niczym. Za to spędziłam tyle godzin w kuchni, w parze i skwarze, że nie tylko moje włosy skręciły się jeszcze bardziej, ale przede wszystkim nauczyłam się ciekawych wegetariańskich przepisów (pyszne… choć i tak tęskno mi było do mięsa!).

Marghe i Misia

W Maccagno siekałam, kroiłam, myłam, gotowałam, mieszałam, zaparzałam, ale również udało mi odkryć piękno tej małej mieścinki, pobłądzić na kilku ciekawych ścieżkach i dowiedzieć się, co znaczy w tym miejscu Palestra di Roccia (po prostu skałka wspinaczkowa).

Oto niektóre z naszych poczynań kulinarnych (o których niebawem na blogu):

KOLAŻ

1. brokuły zapiekane z serem
2. ciecierzyca w sosie z pieczonych papryk
3. jabłka smażone z cukrem i rozmarynem
4. risotto z czerwoną cykorią
5. bakłażany alla parmigiana
6. ciasto warzywne: marchwiowe ze skórką z cytryny

W Maccagno również poczułam zdecydowane nadjście wiosny. Przyszła mocnym krokiem, zaróżowiła nasze twarze gorącym słońcem, obudziła kwiaty na górskich ścieżkach i, mam nadzieję, zadomowiła się na dobre.

Maccagno_nad_ranem2.jpg

Maccagno nad ranem1

Ponadto, jeśli ktoś ma ochotę wybrać się na Lago Maggiore na krótszy czy dłuższy wypad, oto miejsce (schronisko harcerskie), gdzie się zatrzymaliśmy: http://www.ceppaie.it/. Warunki raczej surowe, ale dla niewymagających grup w sam raz i płaci się 9 euro za noc!

O pozytywnym zarządzaniu konfliktami

zarzadzanie konfliktem.jpg

Przez ostatnie 3 tygodnie prowadziłyśmy z Mercedes 2 kursy w jednej z mediolańskich szkół średnich, dodajmy szkół technicznych, a co za tym idzie z przewagą (lub kompletną domincją, czyt. zero dziewczyn) płci męskiej. Łatwo nie było!

Nasza wolontariuszka EVS, nawet jeśli była obecna tylko raz, żeby wyłącznie obserwować, poprosiła, by nigdy więcej nie musiała tam pójść, a ja z nostalgią wspominałam dobre czasy nauczania w gimnazjum :).

Jeden kurs skupiał się na stereotypach i uprzedzeniach, drugi zaś na pozytywnym zarządzaniu konfliktami i budowaniu relacji. Po raz pierwszy miałam okazję widzieć i spróbować wszystkie techniki i gry dotyczące rozwiązywania, czy może lepiej umiejętnego “bycia w konflikcie”.

Przed i po zajęciach dużo dyskutowałyśmy z Merche na temat poruszanych problemów i naszych refleksji. Kurs na temat konfliktów bardzo mnie zainspirował i sprowokował do pytań, na które moja szefowa bardzo chętnie odpowiadała. Rozmawiałyśmy o tym, jak przełożyć tę wiedzę na życie codzienne, np. na życie w parze.

Merche podała mi dwa ciekawe sposoby do wypróbowania:

1. Kartki JA i TY

Siadamy z naszym partnerem razem przy stole. Myślimy o konflikcie, który między nami istnieje. Przygotowujemy 2 kartki papieru, jedną dla mnie, jedną dla drugiej osoby. Kartkę składamy na pół, na jednej połowie piszemy JA, na drugiej TY.

Tam gdzie widnieje JA opisujemy krótko konflikt, ale pod kątem JAKIE Są MOJE OCZEKIWANIA, CO CHCĘ UZYSKAĆ? i CZEGO SIĘ BOJĘ W OBLICZU TEGO KONFLIKTU.

Na stronie zatytułowanej TY piszemy to samo, ale z punktu widzenia partnera, czyli, jak mi się wydaje, JAKIE SĄ JEGO OCZEKIWANIA i CZEGO SIĘ OBAWIA (wg mnie).

Dajemy sobie na to ćwiczenie kilka minut. Później czytamy nawzajem to, co napisaliśmy i konfrontujemy nasze opinie, nasze przeczucia.

(W klasie młodzi pisali o konfliktach z rodzicami, przyjaciółmi, sympatiami; uderzyło mnie, jak w części: OBAWY wszyscy pisali: BOJĘ SIĘ, ŻE PRZEZ TEN KONFLIKT CIEBIE STRACĘ).

2. Dzień TYLKO DLA NAS

Merche opowiedziała mi, że co roku w dniu rocznicy ślubu razem ze swoim mężem organizowali dzień tylko dla nich, na wyjeździe, na basenie, na pikniku, itd.

Dzień wcześniej na kartce zapisywali różne tematy, o których chcieli porozmawiać, a które były dla nich na tyle ważne, by wspomnieć i wyjaśnić je podczas ICH DNIA, takie jak na przykład:

Ile czasu w wakacje powinniśmy spędzać w Hiszpanii u twoich rodziców?

Nasza relacja z córką.

Co robimy dla siebie, tylko dla siebie.

U nas w domu nigdy nie przygotowuje się posiłków i je się w pośpiechu.

Nie mamy czasu dla siebie.

W trakcie trwania ICH DNIA ze spokojem podchodzili do każdego tematu i go omawiali. Co się działo, dlaczego jedno z nich lub oboje czuli się z tym źle, jak można rozwiązać problem, co można poprawić (Merche po jednym z takich dni zapisała się np. na kurs gotowania :D). Z czasem z listy skreślali punkty już omówione. Na koniec dnia, mówiła moja szefowa, czuliśmy się tak zrelaksowani, tak pozytywnie, tak dobrze, jak po uprawianiu najczulszej miłości.

No i jak się nad tym zastanowić, wydaje się oczywiste, że związki nie będą ZAWSZE idealne i trzeba o nie dbać i nad nimi pracować, jak nad każdą inną częścią naszego życia.

Como.Misia.Bartek

Może i Wam spodobają się opisane wyżej sposoby rozmowy?

Fot. Łukasz Myszkowski

Como, Włochy