Prezent dla Alice

15.09.2011

Jutro idę na urodziny do Alice, która dopiero wróciła z Palestyny i której nie znam jeszcze… Nie chciałam iść z pustymi rękoma, więc kupiłam przetłumaczoną na włoski książkę Kapuścińskiego „Heban”, dzięki temu mam pewność, że będzie w języku wygodnym dla jubilatki, na temat podróży, które zapewne lubi, na temat ludzi z czarnego lądu no i jeszcze dodatkowo mocny akcent polski!

Około 20 byłam umówiona u Almudeny i Dario. Matteo powiedział mi dnia poprzedniego, że będzie opowiadał tam o Palestynie. Byłam mniej więcej o 20.30 (a to z powodu wyjścia ze złej strony z metra, potem rozmowy telefonicznej ;), a potem dlatego, że domofon coś mi nie działał i w końcu przestał mi działać telefon włoski.)  Ale, w końcu dotarłam. I okazało się,  że jestem pierwsza! Almudena i Dario mieszkają w bardzo fajnym mieszkanku na 5 piętrze, praktycznie już na dachu, dlatego stolik stał właśnie na świeżym powietrzu, jedliśmy pyszną tartę, do tego marchewka i humus no i jeszcze foccaccie… I było piwko, i wino. I co się okazuje, przestrzeganie „nieprowadzenia samochodu” po piwku czy winie, to jednak dużo ważniejsza zasada dla Czechów czy Polaków. Matteo się śmiał, że ja – dziwiąc się, że będzie prowadził samochód – reaguję podobnie jak Marketa. Hm, nie wiem, jaki jest dopuszczalny próg zawartości alkoholu we krwi w Polsce, ale w Czechach podobno progu jako takiego nie ma, ma być zero i już. Trzeba przyznać, że Matteo odwiózł mnie pod dom sprawnie, zupełnie trzeźwo (jeśli można tak powiedzieć), sprawnie manewrując między samochodami na jezdni, no ale na początku byłam zaskoczona. Gdy jechaliśmy, jakoś przed północą, zerknęłam na termometr na placu Repubblica  i pokazywał 27 stopni. Ale chyba niebawem te upały się skończą. I chyba nawet dobrze.

Wracając do kolacji, była bardzo ciekawa, rozmowa toczyła się wartko (no może wyłączając moją osobęJ).  Pod koniec, ku mojej uldze, wszyscy przeszli na angielski, co pozwoliło mi nieco bardziej włączyć się w dyskusję… Uff…

Matteo opowiadał o Palestynie, o konflikcie, o jedzeniu, o zwiedzaniu, o grupie, z którą był. Mówiliśmy też o gestach używanych we Włoszech, w Hiszpanii, czy w Polsce. I o tym, że tu nie całuje się w rękę. I nie ma balów na zakończenie szkoły, uniwersytetu. Jest jednak inny zwyczaj, taki absolwent jest „zmuszony” 😉 do wzięcia udziału w grze- zabawie wymyślonej dla niego. Np. Dario, kończąc szkołę, musiał ubrać się w bikini damskie w panterkę, z zawieszonym naszyjnikiem na szyi z sera parmezańskiego (którego nie lubi) miał zadanie podchodzić do dziewczyn i prosić je, by z tego naszyjnika wyjadły ten ser…i tak ubrany miał stać na światłach i myć szyby samochodów, dopóki nie zarobi 10 euro…udało mu się to zrobić w ciągu 30 minut, nieźle :)!

Dziś wieczorem na początku idziemy do Matteo na spaghetti, a potem razem jedziemy do Alice na urodziny, zdaje się, że to gdzieś pod miastem…

Spaghetti z krewetkami i bakłażanem, melon z szynką oraz hip-hop włoski

Do Matteo trafiliśmy spóźnieni, ale w samą porę na pyszną porcję makaronu z krewetkami i bakłażanami. Nieważne, że wcześniej jadło się kolację czy cokolwiek, i tak trzeba jeść :), co oczywiście jest przyjemne, ale trochę niebezpieczne…wielka porcja makaronu ok.21.00, do tego wino/piwo, potem kawałki melona i szynka surowa/wędzona w cienkich plastrach (polecam!), później jeszcze śliwki i czekoladki… Ciężko ;). Powoli w mieszkaniu Matteo (mieszkanie w stylu rustykalnym, jak sam mówi Matteo) zaczęli gromadzić się znajomi, którzy też mieli jechać do Alice. Współlokator, znajomi ze wspólnego wyjazdu do Palestyny, no i powolutku zebrała się całkiem spora grupa i z wydrukowanymi zaproszeniami ruszyliśmy trzema samochodami do…hm…no właśnie (?) zdaje się, że Rozzano, które już nie do końca jest dzielnicą Mediolanu, a raczej miejscowością podmediolańską. Dario tłumaczył w samochodzie, że jedziemy zupełnie na południe Mediolanu, południe ma mniej ciasną zabudowę niż północ miasta, a mnie bloki tam postawione przypomniały ulice na Naramowicach, np. osiedla na ul. Błażeja czy Boranta (hm, teraz nie jestem pewna).

A więc pod lokalem imprezy stały zgromadzone tłumy młodych, przygotowanych na koncert hip-hopowy, który tego dnia właśnie w tym miejscu się odbywał. Z tego, co śpiewali nic nie zrozumiałam, Chiara mi wytłumaczyła, że początkowo śpiewali o miejscu, regionie, w którym żyją, o swojej codzienności, itd., czy mniej więcej podobnie jak u nas…  Przypomniał mi się jedyny koncert hip-hopowy, na którym byłam, Ostrego w Eskulapie i przyznam, że atmosfera była podobna. Nauczyłam się też jednego słowa, które w jednym utworze się powtarzało, a mianowicie cioccolata (czekolada) w znaczeniu haszysz, a erba (trawa) to tak jak u nas trawa – marihuana. Ale większość czasu spędziliśmy na podwórzu obok lokalu, gdzie było świeże powietrze (no prawie, bo przecież wszyscy tu palą), nieco większa możliwość porozmawiania i gdzie siedzieli goście od Alice. Alice to 30-letnia dziewczyna, blondynka w kręconych włosach, bardzo uśmiechnięta, przebojowa i otwarta. Był szampan, były słodycze, były życzenia, było śpiewanie, były uściski i prezenty J. Cieszę się, że byłam tam z Almudeną, Dario, Matteo, Ilarią, Diego, Barbarą, Margo, ludźmi, których już nieco znam i którzy dbają o to, żeby zupełnie się tam nie zagubić. (Co ciekawe, u Matteo poznałam chłopaka o imieniu Beppe i on też zastanawiał się, czy jestem Hiszpanką.  No ale ja nie mam hiszpańskiej urody?!).

Gdy wracaliśmy ok.2.oo z Almu i Dario, Dario mnie zapytał, jak tam włoski, czy nie jestem wymęczona i czy dawałam radę nadążać za rozmową. No i bądźmy szczerzy, bardzo dużo rozmów toczy się tu wokół jedzenia, tego na stole, tego, co będzie, co było, tego co jedzą inne nacje…no i, jak sami Włosi przyznają, są nacjonalistami jeśli chodzi o kuchnię. I trzeba im przyznać, że jedzą pysznie. A więc była mowa o dzikach, kozach, kotach (?!), owcach, o jedzeniu smacznym i niesmacznym, o alkoholu, a tym, że ziemniaki to dla Włochów warzywo, coś jak sałatka, a nie podstawa dania. Almu i Dario, którzy poznali się w Niemczech na Erazmusie, jakieś 4 lata temu, wspominali, że Niemcy byli zdziwieni, gdy południowcy nakładali sobie i ryż, i ziemniaki na talerz, bo przecież: albo ryż, albo ziemniaki :D. No akurat tu zgadzam się z Niemcami…:)

Hm, co ciekawe – nieważne, że godzina była późna, na espresso zawsze jest dobra pora, czy jest 22.00 czy 23.00.

Na stole przed rozpoczęciem kolacji już leżały połamane części chleba, aby na końcu, po spaghetti, móc kawałkiem chleba wyczyścić z sosu talerz i ze smakiem zjeść ( a mnie uczono, że się nie wylizuje talerza :D?!).

Wypicie wina, piwa czy becherowki <sic!> (i tu znowu nie wiem, jak napisać tę nazwę poprawnie) absolutnie nie przeszkadza tu w prowadzeniu samochodu!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s