La Tenda Del Silenzio (Namiot Ciszy): RESTIAMO UMANI! (Bądźmy /Pozostańmy ludzcy /ludźmi)

18.09.2011

Namiot Ciszy jest pomysłem podpatrzonym przez Piergiorgio i przeniesionym na ziemię mediolańską – pomysłem na wyciszenie się, na ekumenizm, na nastawienie na pokój, na dialog. Jak piszą organizatorzy w informatorze, dialog jest doskonałym antidotum na przemoc, na konflikty. Jest to sporych rozmiarów namiot, pusty w środku, stoi tam parę krzeseł, jest wykładzina, rozłożono parę dywanów.  Niektórzy wchodzą boso, inni w butach. Przychodzą chrześcijanie, przychodzą muzułmanie, żydzi, oraz wyznawcy innych religii. Oczywiście nie trzeba przynależeć do żadnego wyznania, można po prostu wejść do środka, przed wejściem sięgając do miseczki z przygotowanymi wcześniej „myślami” do medytacji, takimi krótkimi zdaniami do przemyślenia. Moja myśl dotyczyła języka, że czasem lepiej jest używać mowy tylko wtedy, gdy jest naprawdę pożyteczna, potrzebna, by nie mówić rzeczy niepotrzebnych, że mówienie więcej niż trzeba to jak pozwalanie trawie na niepotrzebne rozprzestrzenianie się w ogrodzie. I jakoś pocieszyło mnie to, pocieszyło mnie to tutaj w pierwszych tygodniach wolontariatu. Siedząc w namiocie, w ciszy, człowiek się uspokajał, pozwalał myślom na swobodny bieg. Przy namiocie spotkałam Piergiorgio właśnie, jego żonę, Antonia i Grazię (ich dzieci i wnuki), Pierluigiego – wszyscy oni należą do wspólnoty kościoła św. Anioła, która w dużej mierze odpowiada za organizację. I spędzą tam dziś czas do 21.00 a także jutro. Są to ludzie w średnim wieku i starsi, a znajdują czas na rzeczy dodatkowe, to jest niesamowite, bo są pełni zapału, uśmiechnięci i zawsze mają czas, żeby podejść, zagadać, uścisnąć. (Wczoraj właśnie rozmawiałyśmy z Mają, że wszyscy Włosi, których tu poznajemy, niezależnie od wieku, udzielają się w jakichś wolontariatach i to poświęcają im wiele godzin dziennie. Okazuje się, że robią to w czasie studiów, po studiach (podczas poszukiwań pracy nie siedzą w domu, a udzielają się w organizacjach),w pracy, po pracy, na emeryturze, itd.

Namiot Ciszy stoi do jutra przed Kościołem San Lorenzo, zaraz obok 16 wielkich rzymskich kolumn, w miejscu historycznym, miejscu kultu, miejscu turystycznym, ale i miejscu, które w jakiś sposób każe się zatrzymać, zmusza do chwili refleksji. Namiot Ciszy ma nas przekonać, ma wywołać potrzebę pokoju. I chyba spełnia swoje zadanie :).

Zostałam też przedstawiona duszpasterzowi wspólnoty, bardzo miły ciepły człowiek z dużym poczuciem humoru. I rzeczywiście na mszach świętych panuje tu ciepły serdeczny rodzinny klimat! Gdy usłyszał od Antonio, że wolontariuszki – Marketa i ja – mieszkamy w jego kamienicy, naprzeciwko jego mieszkania, powiedział ze śmiechem: „Antonio, sei veramente benedetto da Dio!” (chyba tak) – Antonio, Ciebie to rzeczywiście Pan Bóg błogosławi ;)!

CIEKAWOSTKI:

Pierluigi i Antonio wykorzystali moment i nagrali mnie na kamerę, gdy odpowiadałam na pytanie, jakie są moje wrażenia po pobycie w Namiocie Ciszy. Pocieszam się myślą, że moja wypowiedź była na tyle niezrozumiała nawet dla mnie (potem w myślach pięknie to sobie ułożyłam, tzn. to co chciałam tak naprawdę powiedzieć), że żeby cokolwiek z tym zrobić, będą musieli coś tam pociąć i sklecić albo wyciąć cały kawałek :D.

Nastąpiło WIELKIE załamanie pogody. Pada cały dzień, i to tak, jakby rozcięło brzuch nieba…naprawdę! I grzmi…

Parrucchiere to po włosku fryzjer (czy nie ciekawa nazwa?). I jak dotąd zauważyłam, że salony fryzjerskie wyglądają nie nieszczególnie nowoczesne, fotele wyglądają jak z filmów z PRLu, zastanawiam się, jak wygląda golenie – to u barbiere – fryzjera męskiego (zardzewiała brzytwa?:D) i jakimi narzędziami się posługują. I nie mam na myśli tylko salonów fryzjerskich na przedmieściach, ale tu, tu w samym centrum.

Z niepokojem obserwuję u siebie, że czasem uciekają mi pojedyncze słówka polskie. Gdybym chociaż znała ich ekwiwalent we włoskim, nie było by tak źle, ale, niestety, wcale się tak nie dzieje…!

Podjadam crostatę (to specjalnie dla Werki). Weruś, la crostata (akurat ta, którą jem) jest to takie małe kruche ciastko (pyszne, mniam, mniam) z owocami, ja mam z morelami. Kupiłam dziś takie opakowanie, 6 sztuk w środku, za ok. 1,5€. Miało być od jutra na śniadanie, wg moich fantastycznych wyliczeń na 6 dni, do soboty włącznie. Z tego co widzę, może starczą do jutra :D.

Od przyjazdu słucham w większości muzyki polskiej, SDM, piosenki Osieckiej, itd. Chyba mam braki polskiego…poezji polskiej ;P.

Telewizja włoska wykańcza mnie wachlarzem programów. Połowa programów dotyczy jedzenia, gotowania, powstawania serów, hodowli krów na mięso, czy nawet cen różnych rodzajów bakłażanów  w pierwszym tygodniu września… Jedną z chyba ulubionych prezenterek jest niejaka Antonella, ładna pani ok.40-50, blond włosy, szparka między przednimi zębami. I nikomu nie przeszkadza, że na wizji wystawia zziajana język, śpiewa piosenki z uczestnikami nie znając słów (co widać!)  i ogólnie jest nieco denerwująca. Nic to, uczestnicy i tak skandują A-N-T-O-N-E-L-L-A! Prowadzi program kulinarny, przerywany wyłącznie na reklamę, w której występuje nie kto inny, tylko właśnie ona, a wczoraj była prowadzącą programu Ti Lascio una Canzone, konkursu piosenki dla dzieci. Nie do przetrzymania ;>!

A, widziałam jeszcze dwa wybitne programy:

  1. Uczestnik stoi naprzeciw 10 różnych osób, ma podane 10 zawodów, które te osoby wykonują i musi odgadnąć, kto jest kim. Każda osoba ma inną wartość pieniężną, może dostać w sumie 3 podpowiedzi na te wszystkie osoby i może oglądać ich dłonie… A sumy do wygrania są niebagatelne, od 2.ooo do 1oo.ooo€ za jedną osobę! Plusem jest to, że nie znam większości nazw zawodów a nawet samych zawodów tu prezentowanych. Tewu (tv) uczy!
  2. Dziś widziałam fragment gry, w której uczestnicy byli ubrani w wielkie kolorowe rękawice (cali byli schowani w tych rękawicach). Na sygnał – fragment muzyki zagranej prze orkiestrę – musieli dobiec-dopaść do takich kolorowych mat z różnymi symbolami. Trzeba było rozpoznać melodię i dopaść odpowiedniej maty, np. z symbolem serca czy kwiatka. I rzucić się na tę matę. Oczywiście ledwo się poruszali w tych rękawicach, leżeli jeden na drugim, kto ostatni się rzucił i był na wierzchu, odpadał i następowała kolejna tura, aż nie pozostała jedna osoba. Co ciekawe, gdy tak leżeli na sobie, nie byli w stanie sami wstać, podbiegali więc pomocnicy, którzy stawiali ich na nogi!!! No dobra, przyznaję, było to niesamowicie zabawne ;D! No i na miejscu uczestnika – można się pochwalić, że się wystąpiło w telewizji!!!
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s