BENVENUTA!

7.09.2011
Wczoraj pożegnałam się z Polską. Na lotnisku towarzyszyli mi Ewka, Norbert, Marta i Bartek. Dobrze, że byliśmy w większym składzie, bo dzięki temu humory nie były smętne, a raczej było zabawnie. Z bagażem, o dziwo, nie było żadnych problemów i dopłat. Potem szybkie ciastko, napój i stawanie w kolejce do odprawy…no i tam zaczęły się przepychanki i, niestety, brak porządku w organizacji. Gdy po raz kolejny usłyszałam, że ostatni pasażerowie do Mediolanu są jak najszybciej proszeni do przejścia do bramki nr 4, a ja ciągle sterczałam przed odprawą, trochę się zlękłam. Potem kolejny wydłużony przystanek przy sprawdzaniu bagażu, laptopa ( w międzyczasie Norbert dostał naganę za robienie zdjęć w miejscu niedozwolonym: pan sprawdzający mój bagaż powiedział:” hej, a co to za człowiek w czerwonej koszulce robi zdjęcia? Podejdźcie do niego i zwróćcie mu uwagę, że tak nie wolno, trochę go postraszcie…a to ktoś od pani, no ale i tak tu zabroniono robienia zdjęć…”). Potem biegiem do bramki i szybko na samolot, gdzie wszystkie dokumenty wysypały mi się na podłogę i gdzie w końcu usiadłam obok dziewczyny czytającej jakąś książkę po włosku, coś na moje oko wyjątkowo naukowego… I na miejscu miałam być o 22.40, a to o 22.10 kapitan powiadomił nas, że w Mediolanie 19 stopni i że schodzimy do lądowania. Wylądowaliśmy ok.22.23. Potem polowałam przez jakieś 10 minut na moją wielką walizkę i przed bramą „Arrivi” zaczęłam wypatrywać Margo. Po 10 minutach trochę zaczęłam się denerwować, po czym minęła mnie w pośpiechu jakaś dziewczyna z białą kartką w dłoni, najwyraźniej kogoś szukająca, z uwagą zaczęłam odcyfrowywać napis na jej kartce i gdy dojrzałam MICHASIA, podeszłam i się przedstawiłam. I było to przemiłe przywitanie, ale ponieważ z Polsce całujemy się na dzień dobry trzy razy, a we Włoszech dwa razy od lewego policzka do prawego (przy czym, jak Margo sama przyznaje, po spędzeniu roku w Tunezji nabrała zwyczaju całowania się począwszy od prawego do lewego…), doszło do niebagatelnej kolizji, co chyba jeszcze nawet nas rozluźniło. Potem z bagażami dotarłyśmy do samochodu i przemierzyłyśmy kolejne 50 km rozmawiając o programie na następne dni. I Margo dowiozła mnie na ul. Parini, gdzie poznałam mojego padrone (gospodarza) Antonio, przemiłego pana, który wprowadził mnie do mieszkanka, wytłumaczył, który klucz do czego służy i po chwili pożegnał się, umawiając się na następny dzień ok.10. Margherita niebawem też pospieszyła do domku. Zostałam sama, pełna wrażeń, myśli, niechętna pójściu do łóżka i z problemem, który pokój wybrać. Dość szybko jednak mój wybór padł na pokój nieco mniejszy, z dużym na całą wysokość ściany oknem. Trochę się rozpakowałam i taka niepewna jutra poszłam spać.
I nastał dzień następny, oficjalny początek mojego projektu. Wstałam po ósmej, po 10 zjawili się na moim progu Antonio z żoną Grazią. We Włoszech, jeśli przyjeżdża ktoś zza granicy na dłużej niż 3 miesiące, należy udać się do kwestury i zgłosić takiego lokatora. Zrobiliśmy ksero moich dokumentów i Antonio zawiózł nas samochodem na policję ( w międzyczasie Grazia i Antonio opowiadali mi po włosku o mieście – nawet trochę rozumiem , gorzej mi idzie wypowiadanie się składne w tym języku). No niestety zabrakło 1 dokumentu i niepocieszeni wróciliśmy do domu, ale tu szybko wszystko zostało uzupełnione i pełni dobrych przeczuć pojechaliśmy tym razem autobusem na komendę. (Włoscy karabinierzy jak na razie wydają mi się dość mili i uważnie się przyglądają). Na miejscu wszystko zostało dopięte na ostatni guzik (okazuje się, że włoska biurokracja nie jest tak daleka od polskiej, choć urzędnicy wydają się jacyś bardziej otwarci i uprzejmi).
Po powrocie Antonio i Grazia wrócili do siebie, a ja poszłam do supermarketu po jakieś jedzonko, bo tego dnia jeszcze nic nie jadłam. Jak wróciłam, prawie zasnęłam i rozbolała mnie głowa, ale po chwili zadzwoniła do drzwi Barbara – wolontariuszka – bardzo otwarta sympatyczna dziewczyna, mówiąca świetnie po angielsku i zakochana w pracy z dziećmi. Barbara przyniosła 4 siatki zakupów, to chyba dziś na wieczór na aperitivo, które zaczyna się u mnie w domu  o 18.00 i na które ma przyjść ok. 10 osób. Barbara zrobiła nam szybko pyszne jedzonko, bakłażana z pomidorami i serem na ciepło, a do tego vitello tonnato – cielęcinę w sosie z tuńczyka, wszystko można kupić już gotowe. W międzyczasie (nie wiem, jak to zrobiła), przygotowała pudding z cynamonem na wieczór i po obiadku poszłyśmy na metro i dotarłyśmy na stację Loreto, żeby wyrobić sobie kartę na przejazdy po mieście. Jeszcze szybkie zdjęcie w budce samoobsługowej (gdzie zauważyłam, że wyglądam dziś nie najlepiej i mówię do siebie po polsku czasami…na głos!). Niestety kolejka do wyrobienia sobie tego biletu na przejazdy była tak długa, że wzięłyśmy tylko formularze i postaramy się tam wrócić jutro, bo Barbara spieszyła na 15.00 do pracy. Potem wróciłam pieszo do domku, zajrzałam jeszcze raz do sklepu po detersivi do mycia naczyń i oto jestem z powrotem. Teraz czas trochę się odświeżyć i za godzinę wpadnie Margo i powoli wszyscy zaczną się schodzić ;).
!
Co ciekawe, Włosi inaczej niż ja ;P przechodzą na światłach. Czasem czekają nawet na zmianę i na możliwość przejścia, zanim ruszą bez strachu na pasy. Ale przechodzą nie w chwili zapalenia się zielonej lampki dla pieszych, ale w chwili włączenia się czerwonego światła dla samochodów, i nieważne, że na ‘nasze’ zielone przyjdzie nam jeszcze poczekać, idą naprzód i już!
Jedzonko:
Bruschette con pomodori (bruschetta/zapiekanki z pomidorami)
Insalata con riso, carciofi, cappari, formaggio (sałatka z ryżu, kaparów, sera żółtego I karczochów)
Budino con canella (budyń z cynamonem)
8.09.2011
Gnocchi con parmiggiano (di patate! – robione z ziemniaków) (“kopytka” posypane parmezanem)
Taralli scaldati alla cipolla (takie kruche pieczone ciasteczka-przekąski o smaku cebuli)
Café macchiato

Dziś miał być dzień wolny…I w sumie taki jest od godziny ok.14.00.
Właśnie coś podjadłam (czyli taralli i popiłam aperitivo, który został z wczoraj), zrobiłam sobie wielki kubek kawy i słuchając Ingrid Michaelson i King of Convenience siadam do laptopa.
Po pierwsze wczoraj spędziłam sympatyczny i pyszny wieczór z nowo poznanymi osobami z organizacji, i tak byli tam Margo, Ilaria, Barbara, Pierluigi – szef organizacji, Grazia i Antonio, Michele, Almudena – moja mentorka z Hiszpanii, mówiąca pięknie po włosku, Dario – jej chłopak, Pg – Piergorgio – poeta 😉 piszący też w dialekcie mediolańskim, Diego – chłopak Ilarii… i to chyba wszyscy. Rozmowa toczyła się po włosku i musiałam wysilać najbardziej nieużywane szare komórki, by choć trochę nadążać, ale w kryzysowych chwilach (jak myślę, wnioskując po mało rozumnym grymasie na mojej twarzy) Margo i Pg tłumaczyli mi na angielski (zresztą wszyscy świetnie mówią po ang) albo Grazia ze spokojem mi tłumaczyła różne zawiłości po włosku.
Pełna wrażeń wczoraj poszłam spać i padłam od razu. Za to dziś po 9.00 wpadła po mnie Barbara i poszłyśmy wyrobić dla mnie kartę przejazdów transportem miejskim i już ją mam, na cały następny miesiąc. Potem na stacji Loreto spotkałyśmy się z Almudeną, która ‘przejęła’ mnie i pojechałyśmy do szkoły językowej, gdzie czekał mnie test z włoskiego pisemny i ustny, żeby oszacować mój poziom włoskiego i nawet gramatyka mi dość poszła ok, gorzej mówienie. Pani prowadząca powiedziała mi, że poziom mój plasuje się między B2 a C1 (!?). Pani nauczycielka – konkretna kobietka – zapytała mnie, gdzie i kiedy uczyłam się włoskiego, jak długo jestem tu we Włoszech (2 dni już!) i jak dowiedziała się, że studiowałam lingwistykę i uczę angielskiego, stwierdziła, że mam iść na „cze uno” (C1), że dam radę. Próbowałam delikatnie zasugerować, że jednak chyba to dużo za dużo jak na mnie (i nie była to fałszywa skromność, a prosta uzasadniona obawa) i że wolałabym B2 i zapytałam, czy będę mogła zmienić grupę z C1 na B2 w trakcie kursu, ale powiedziała, że nie będzie takiej potrzeby. Razem z Almudeną i panią prowadzącą ustaliłyśmy, że zajęcia będę miała we wtorki i czwartki od 11.00 do 13.00 (w poniedziałki i środy zajęcia będę miała razem z Marketą i nauczycielem przydzielonym przez Casa per la Pace). Potem poszłyśmy na pocztę zapłacić za kurs, oddać kwitek z powrotem w szkole no i dalej na gnocchi – kluski ziemniaczane (kopytka?) w sosie pomidorowym z serem posypane parmezanem. I potem mała kawka. Mini, mini, ale słodka!
Almudena odprowadziła mnie na autobus nr 54 i wysiadłam na przystanku Babila, skąd ulicą Vittorio Emanuele prowadzi prosta droga na plac katedralny Piazza Duomo. I następne dwie godzinki spędziłam na odświeżaniu szlaków, które w zeszłym roku przemierzałam z Martą i Bartkiem. Wracałam również przez plac katedralny, gdzie napotkałam trzy Włoszki, które prosiły mnie o zrobienie zdjęcia i nawet nie spanikowałam i zapytałam, jakie to ma być zdjęcie i co mam uchwycić, a potem w Galerii Vitt. Emanuele podszedł do mnie jakiś Włoch i towarzyszył mi przez 5 minut, pytając, czy jestem Hiszpanką, co tu robię, że chętnie mnie oprowadzi po mieście, również po Rzymie, i czy się z nim umówię. Grzecznie podziękowałam i ruszyłam w drogę do domu. Szybkie zakupy i oto jestem w domku. Jak trochę odpocznę, skoczę jeszcze na chwilkę do parku, rozejrzeć się trochę w okolicy, w której mieszkam.
Almudena zaproponowała, żebyśmy jutro po południu skoczyły gdzieś na drinka, ale Margo wczoraj mi powiedziała, że (chyba) jutro jej koleżanka wyprawia urodziny i zapraszała mnie, żebym wpadła też, ma tam być kilka osób mówiących po angielsku i mogłabym nieco bardziej pogadać niż we włoskim. Uczę się tu słuchać, nie mam wyboru, ale odpowiada mi to. Najgorsze jest to, że jeśli choć na chwilkę stracę wątek lub jestem zmęczona czy zdekoncentrowana, zupełnie się gubię.
Ciekawostki, osobliwości i postanowienia dnia:
Powinnam nosić ze sobą mały notesik, żeby zapisywać różne słowa, które słyszę i widzę;
Mężczyźni są dość eleganccy tu, choć czasem ma wrażenie, że nawet nieco za bardzo;);
Kobiety noszą się oryginalnie, do tego stopnia, że starsze panie zakładają luźne prześwitujące bluzki bez bielizny, do eleganckich torebek zakładają adidasy, a na spacer z psem nie zapominają o założeniu szpilek;
Gniazdka z prądem mają trzy dziurki i muszę mieć przejściówkę;
Woda w bidecie leci dość niekontrolowanie i trudno nie pochlapać podłogi- jest to praktycznie niemożliwe!;
W Mediolanie językiem często słyszanym jest rosyjski;
Wszyscy tu rozmawiają przez komórki i robią to głośno, ale nikomu, łącznie ze mną, to nie przeszkadza. W parku jedna pani rozmawiała na komórce, przyciskając mocno telefon między uchem a ramieniem, trzymając obie ręce na kierownicy i ani na chwilę nie zwalniając.

Reklamy

4 thoughts on “BENVENUTA!

  1. Brzmi fantastycznie i już Ci zazdroszczę! Zaczynam odliczać dni do lutego…;) oprócz notesika do słówek mogłabyś nosić też aparat i rzucić jakieś zdjęcia na stronkę! :*

    • aparat nosze i zdjecia robie, ale nie mam okazji na razie ich wrzucic na blog, ale jak bede miala nieco lepszy dostep do internetu, na pewno tak zrobie, czekam na ciebie, werciu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s